Paweł Mościcki
Odczytanie Chwastów

Kwiaty rosną z ziemi
Poważnie, powoli
Tak się piąć, wyciągać
Sądzę, że to boli.
(…)
Jest w przyrodzie boleść
Wzrastania i trwania
Tylko to szczęśliwe
Co się w niebyt skłania.
Julian Tuwim, Dzionek wiosenny 1
1. Julian Tuwim, Dzionek wiosenny, w: tegoż, Wiersze, t. 2, Czytelnik, Warszawa 1986, s. 160.

1

„Oprócz uczucia do natury jako czegoś, co jest ze mną związane i co wykracza poza mnie, doświadczam także pejzażu jako ojczyzny. Niebo, zapachy, nastroje świetlne, barwy i formy – krajobraz mojego dzieciństwa wszedł mi w krew i kiedy do niego powracam, czuję się jak u siebie w domu. A pejzaż zawiera historię. Ludzie od zawsze mieszkali w pejzażu, w pejzażu też pracowali. Niekiedy pejzaż cierpi wskutek tego, że w nim żyjemy i wykonujemy swoją pracę. Niemniej jednak nasza historia obchodzenia się z ziemią jest na dobre i złe zapisana w pejzażu, który zapewne dlatego nazywamy pejzażem kulturowym. Toteż obok poczucia przynależności do przyrody istnieje także poczucie związku z historią, które przekazuje mi pejzaż” 2 2. Peter Zumthor, Myślenie architekturą, przeł. Artur Kożuch, Karakter, Kraków 2010, s. 95. W tych słowach Petera Zumthora, szwajcarskiego architekta i teoretyka architektury, relacja między historią a przyrodą wydaje się zarazem dynamiczna i zasadniczo pogodna, dlatego może wciąż potrzymywać wizję pejzażu jako ojczyzny. Tymczasem przyglądając się krajobrazom, na których historia odcisnęła swoje piętno trudno nie odnieść wrażenia, że splot ludzkich dziejów z dziejami natury przybiera częściej postać tragiczną, a nawet apokaliptyczną. Pokazuje bowiem nie tylko niszczącą siłę działalności człowieka, ale także jej trwały zapis w dziełach natury, jej osobliwą kontynuację w tym, co żywe.

*

„Język wykazał niewątpliwie, że pamięć nie jest instrumentem badania przeszłości, lecz jego medium. Jest ona medium tego, co przeżyte tak jak ziemia stanowi medium, w którym leżą zagrzebane stare miasta. Kto chce zbliżyć się do własnej zagrzebanej przeszłości, musi zachowywać się tak, jak człowiek w trakcie wykopalisk”33. Walter Benjamin, Ausgraben und Erinnern (1932), w: tegoż, Gesammelte Schriften, t. IV, Suhrkamp Verlag, Frankfurt am Main 1991, s. 400. – pisał Walter Benjamin w krótkim, i nie publikowanym za życia, eseju Ausgraben und Erinnern z 1932 roku. Podobna obserwacja wydaje się stać u źródeł projektu Karoliny Grzywnowicz Chwasty, w ramach którego postanowiła ona przenieść do przestrzeni galeryjnej kawałek łąki pochodzącej z jednej z wysiedlonych po II wojnie światowej wiosek w południowo-wschodniej Polsce. Artystka nie tylko traktuje pamięć jako przestrzeń badań terenowych, ale dosłownie powraca do wyludnionych przez akcje przesiedleńcze przestrzeni, traktując je jako obszar wykopalisk. Właściwym medium badania przeszłości jest tutaj roślinność pozostawiona – po zniknięciu mieszkańców – samej sobie, a zarazem wciąż nosząca nieusuwalne znamiona ludzkiej historii.

W swoim tekście Benjamin zauważył także, że praca nad pamięcią, rozumiana jako praca archeologiczna, powinna charakteryzować się uporczywym powracaniem do tych samych miejsc, figur, wątków. Doświadczenie przeszłości nie daje się bowiem nigdy sprowadzić do prostych par pojęciowych, takich jak pamięć/zapomnienie, obecność/nieobecność, centrum/margines, itd. To, co raz wspomniane – raz przypomniane – nie staje się przez to trwałym elementem tradycji, podobnie jak to, o czym ciągle się mówi wcale nie musi być faktycznie przyswojone. „Przede wszystkim nie należy bać się ciągłego powracania do tego samego materiału – rozsypywania go lub przekopywania, jak rozsypuje się lub przekopuje ziemię. Stany rzeczy nie są bowiem niczym więcej jak warstwami, które ujawniają swoje zasoby przede wszystkim temu, kto podejmuje wytężoną pracę poszukiwania”44. Tamże, s. 400.. Innymi słowy praca nad pamięcią musi opierać się na bliskiej znajomości z jej konkretnymi obszarami, ich materialną historią, lokalnym zróżnicowaniem i rozlicznymi zawirowaniami, które wpłynęły na jej obecny kształt. Tak jak dobra orientacja w terenie wymaga wieloletniej praktyki, tak też kontakt z przeszłością wymaga wcześniejszego treningu i umiejętności wykorzystania uwarunkowań terenu.

Tym, wokół czego krążą archeologiczne badania pamięci są dla Benjamina „obrazy, które – wyrwane ze wszystkich wcześniejszych powiązań – niczym kosztowności zalegają w skromnych izbach późniejszego spojrzenia niczym torsi w galerii kolekcjonera”55. Tamże, s. 400.. Za taki obraz można by uznać przeniesioną do galerii łąkę – wyrwaną z naturalnego kontekstu, ujawniającą w całkiem obcej przestrzeni swój osobliwy blask. Ale ten obraz nie świeciłby w ogóle, gdyby pojawił się w nowym kontekście jedynie dzięki gestowi wyłączenia i oddzielenia. Łąka ujawnia swoje sekrety dopiero wówczas, gdy zabierze ze sobą w nowe miejsce całość swoich powiązań, odniesień i znaczeń. Innymi słowy – gdy rosnące na niej rośliny wciąż będzie trzeba uważnie czytać, tak jak archeolog obserwuje powierzchnię ziemi, w której poszukuje utraconych przedmiotów.

*

„To, co ujawnia konfiguracja i barwa korony, co zdradzają pozostałości pyłku albo świeżość słupka z pewnością nie może być adekwatnie wyrażone za pomocą języka; zarazem nieprzydatne jest tak częste pomijanie niewyrażalnej rzeczywistej obecności i odrzucanie jako absurdalnych wszelkich prób symbolicznej reprezentacji”66. Georges Bataille, Le langage des fleurs (1929), w: tegoż, Oeuvres complètes, t. I, Gallimard, Paris 1970, s. 173. – pisał Georges Bataille w swym eseju poświęconym „mowie kwiatów”, opublikowanym w redagowanym przez niego piśmie „Documents” w 1929 roku. Dodawał też: „Jeśli chodzi o kwiaty, w pierwszej kolejności wydaje się, że ich znaczenie symboliczne niekoniecznie odrywa się od ich funkcji”77. Tamże, s. 175.. Myśląc o znaczeniu kwiatów, należy więc brać pod uwagę zarazem ich symboliczne konotacje, jak i niesprowadzalne do nich jakości zmysłowe czy rzeczywiste oddziaływanie. W swych badaniach nad roślinnością Bieszczadów, które poprzedziły realizację Chwastów, Grzywnowicz skrupulatnie kataloguje różne powody, dla których na opuszczonych terenach wciąż można napotkać określone gatunki kwiatów, krzewów lub drzew. Na specjalnie stworzonej stronie internetowej gromadzącej wyniki tych studiów można przeczytać na przykład, że barwinek pospolity „symbolizował nieśmiertelność, dlatego też przyozdabiano nim koszyczki na Wielkanoc. Z tego samego powodu towarzyszył ceremoniom pogrzebowym i sadzony był na grobach. Niezamężne kobiety chowano do trumny w wianku z barwinka88. Cyt. za: http://chwasty.com/barwinek-pospolity/, dostęp z 14 sierpnia 2015 roku.. Równocześnie był nieodłącznym elementem ceremonii zaślubin: wchodził w skład wianka panny młodej, a przed weselem strojono chaty wieńcami plecionymi z barwinka”. Jego obecność może więc sugerować, że w danym miejscu znajdował się cmentarz, podobnie jak występowanie innej rośliny – kaliny koralowej. Z kolei na przykład narcyz trąbkowy wskazuje raczej na ogródek przy chacie, a śliwa tarnina na granice między posesjami, ponieważ używano jej jako żywopłotu.

W archeologicznej perspektywie, w ramach której porusza się Grzywnowicz, symboliczne znaczenie roślin zostaje przemieszczone, skomplikowane, zyskując tym samym dodatkowy wymiar. Równie ważne jak to, co one znaczą lub znaczyły oraz do czego były potrzebne jest to, że wciąż tam są, trwają mimo że kulturowy kontekst znajdujący się u ich źródeł dawno odszedł w przeszłość. Symboliczny albo praktyczny sens jest jakby zrośnięty z historią, do jakiej dziś może dokopać się jedynie praca wspomnienia. Rośliny nie stanowią już bowiem części porządku społecznego, do jakiego niegdyś przynależały, lecz, mimo swego naturalnego funkcjonowania jego ślad. Żywe wykopalisko.

*

„Bujny rozrost polnych kwiatów nie jest bowiem niczym innym jak tylko odwrotnością ludzkiej hekatomby zużytkowanej przez ten skrawek polskiej ziemi”99. Georges Didi-Huberman, Kora, przeł. Tomasz Swoboda, Wydawnictwo w podwórku, Gdańsk 2013, s. 76. – zauważył Georges Didi-Huberman spacerując po terenie dawnego obozu Auschwitz-Birkenau. Natrafił tam na miejsce, gdzie w trakcie wojny masowo grzebano zwłoki, a potem skremowane ludzkie szczątki. Owa dzika kolonia białych kwiatów wyrosła zatem dosłownie na popiołach. I świadczy o historii tego miejsca w nie mniejszym stopniu, niż zachowane resztki komór gazowych, baraki czy wieże strażnicze. Świadczy jednak inaczej. Są to przecież „chwasty”, słowo-klucz odsyłające do retoryki poprzedzającej eksterminację Żydów czy innych narodów lub grup społecznych, a także stanowiące element założeń stojących za akcjami przesiedleńczymi. Samoistnie powstałe kolonie kwiatów tworzą więc widomy znak, że natura sama upamiętnia tych, których w wyniku arbitralnych podziałów uznano za zbędnych i skazano na śmierć. Patrząc na pole porośnięte kwiatami, trudno nie dostrzec, że są one zarazem śladem obecności i nieobecności. Dlatego też wywołują niepokój. Tak jak w Brzezince białe kwiaty świadczą o nieobecności zgładzonych przez drażniący fakt realnej obecności ich popiołów w procesie biologicznego wzrostu, tak też obecność niektórych roślin na badanych przez Karolinę Grzywnowicz terenach wskazuje na trwałość nieobecnych już ludzkich praktyk. I rozsiewa pamięć o nich tak, jakby ich historia wcale się jeszcze nie skończyła.

2

Myśląc o pamiętaniu jako o czymś bliskim pracy archeologicznej, siłą rzeczy dochodzi się również w pobliże poezji rozumianej jako archeologia języka, wytrwałe i czułe, niekiedy też bezwzględne, badanie jego materialnej i duchowej zawartości. „Poezja to pług, który rozorywa czas, wyrzucając na wierzch jego głębinowe warstwy, jego czarnoziem. Bywają wszakże takie epoki, gdy ludzkość, nie poprzestając na dniu dzisiejszym, tęskniąc do głębinowych warstw czasu, jak oracz pożąda odłogu dziejów”10.10. Osip Mandelsztam, Słowo i kultura (1921), w: tegoż, Nieograbiony i nierozgromiony. Wiersze i szkice, przeł. Adam Pomorski, Wydawnictwo Open, Warszawa 2011, s. 115. Nie można jednak – również w poezji – dokopać się dziś do skarbów języka nie przemierzając pochowanych w nim mogił, nie dostrzegając popiołów; nie da się wychodować kwiatów, nie dając wysiać się chwastom.

Gest Karoliny Grzywnowicz, jakkolwiek prosty czy wręcz prozaiczny, wydaje się zarazem na wskroś poetycki, bynajmniej nie dlatego, że wikła się w jakieś złożone artystyczne gry czy nadmiar kwiecistej ekspresji. Chodzi raczej o źródłowy sens metafory, oznaczającej przecież – etymologicznie – przeniesienie, przejście, przesunięcie. Każde wysiedlenie stanowi właściwie wielką metaforę, która przenosi całe kultury z jakiegoś miejsca, aby dokonać ich zgęszczenia w innym. Według tych dwóch mechanizmów – zgęszczenia i przemieszczenia, które Freud uznał za podstawę logiki marzenia sennego – działa również historia kultury. Pełno w niej nawarstwień i przesunięć, na których opiera się jej żywotność. Przymusowe przesiedlenie pozostawia jednak za sobą także pustkę i jałowość cierpień, które towarzyszyły jego realizacji. I pytanie o pamięć w tym kontekście, pytanie etyczne, które stawia sobie autorka Chwastów, jest w gruncie rzeczy pytaniem o to, jak włączyć owo cierpienie ponownie w obręb metafor, jak uczynić je częścią kultury mimo tego, a może właśnie dlatego, że zrodziło się w wyniku barbarzyństwa.

Poetyckość tego projektu zaczyna się od wsłuchania w milczący protest ziemi, która każe trwać i rozwijać się – wbrew politycznym decyzjom – porzuconym roślinom. Działanie artystyczne, właściwe przeniesienie łąki w obręb galerii, poprzedza praca badawcza warunkująca sensowność prostego i pojedynczego gestu. Na styku archeologicznej pracy i artystycznej aktywności rodzi się coś, co można by nazwać przeciw-metaforami. Opierają się one bowiem na polemice z historycznymi przesiedleniami, owymi złymi metaforami, które osadzają się na żywym ciele historycznego doświadczenia naznaczając je niewypowiedzianą krzywdą. Przeciw-metafory są więc tutaj pracą przeciw historii. Zarazem jednak są przeciw-metaforami dlatego, że nie wyrażają się już w wyłącznie w języku – dlatego sama praca badawcza, bez dosłownego przemieszczenia łąki w ramy galerii, nie byłaby wystarczająca. Metafora ma tutaj sens jak najbardziej materialny, biologiczny, choć skrzy się różnymi znaczeniami, rozsiewa dyskursy roślin, zarazem odległe i wciąż nierozerwalnie zależne od historycznego dramatu.

Nie chodzi w Chwastach o żadną próbę anamnezy rozumianej jako próba powrotu, która ożywiałaby widmo kulturowej czy etnicznej czystości, jakiegoś złowrogiego raju sprzed pomiedzania języków i zwyczajów. W tym sensie nie ma mowy o odwróceniu tego, co się stało. Celem przeciw-metafor jest raczej wywołanie tektonicznych ruchów pamięci, wzruszenie ziemi po to, aby ukazać w niej zarówno prochy nieobecnych, jak i skarby natury trwającej przy swoim – a właściwie cudzym, bo ludzkim – zwyczaju. Wędrująca z obrzeży do centrum łąka przypomina więc trochę latający dywan, tyle tylko, że nie stanowi wykwitu jakieś magicznej mocy, ale owoc pracy pamięci, żmudnego i odważnego, choć zakodowanego w prostym i zdecydowanym geście, wydobywania z aktualnego pejzażu południowo-wschodniej Polski przeciw-metafor jego trudnej historii.

To przeniesienie kawałka łąki do przestrzeni miejskiej galerii można odczytać również nie tyle jako operację na przeszłości, ile próbę sprowokowania jakiejść innej aktualności, niż ta, w której wyludnione pejzaże skazane są jedynie na własną pracę. Taką inną nowoczesność, a więc inną teraźniejszość i przyszłość, wielkiego miasta, w której jest miejsce na wyrastające spod bruku chwasty przywołał w swych rozważaniach o poezji Mandelsztam. „Petersburg to zaiste najwyżej rozwinięte miasto świata. Nie koleją podziemną, nie drapaczem chmur mierzy się bieg współczesności – szybkość, ale dziarską trawką, która przebija spod miejskiego bruku. Nasza krew, nasz muzyka, nasza państwowość – wszystko to znajdzie kontynuację w czułym istnieniu nowej natury, natury-Psyche. W tym królestwie ducha bez człowieka każde drzewo będzie driadą, a każde zjawisko będzie odpowiadać o swojej metamorfozie”11.11. Tamże, s. 113.

Być może więc najlepiej mówić jest o Chwastach odwołując się do języka poezji, szukając w nim odpowiedników naturalnych przeciw-metafor, analizowanych i rozwijanych przez Karolinę Grzywnowicz. Jednym z rozmówców tego projektu mógłby być Jerzy Ficowski – poeta pamięci o ludach wędrujących z własnej woli albo wysiedlanych pod przymusem, poeta opustoszałych w wyniku Shoah krajobrazów i porzuconych przedmiotów wznoszących lament w puste niebo. Wiersz Krajobraz pośmiertny odwołuje się wprawdzie bezpośrednio do pejzaży widzianych przez Żydów z pociągów wiozących ich w kierunku zagłady, ale sama tytułowa fraza może przywoływać przecież także miejsca porzucone przez wysiedlanych mieszkańców12.12. Por. Jerzy Ficowski, Krajobraz pośmiertny, w: tegoż, Wszystko to czego nie wiem, red. Piotr Sommer, Pogranicze, Sejny 1999, s. 78-79. Inny tekst, Z Połemkowszczyzny sytuuje się już znacznie bliżej kontekstów przywoływanych w Chwastach.

w zaroślach podbiałów
w chaszczach przetaczników
winniczki
w kopułach muszli
cerkiewkami stoją

u ich podciesi
popi chór pieśń bohomolną
jak trzmielił tak trzmieli
kyrielejson

czas ospały
szedł tędy zawrócił
hospody

ślimak
podrożec czarny
drogę przebiegł mu13
13. Jerzy Ficowski, Krajobraz pośmiertny, w: tegoż, Wszystko to czego nie wiem, dz. cyt., s. 173.

Co prawda to fauna, a nie flora – jak u Karoliny Grzywnowicz – zaburza tutaj i niepokoi bieg „ospałego czasu”, ale efekt jest ten sam: to dziwna mieszanka pogodnej z pozoru natury i osobliwych resztek tradycji, dochodzącej do głosu w śpiewanym, już tylko przez trzmiele, religijnym „kyrielejson” czy w bezosobowym, bo do nikogo już nienależącym zabobonie. Nawet cerkiew nie jest już właściwie budynkiem, ale nazwą na to, co dzieje się między winniczkami a odwiedzanymi przez nie roślinami. Wiersze Ficowskiego pozwalają czytać te porzucone krajobrazy poza logiką „rywalizacji pamięci”, w którą często uwikłane są różne próby przywoływania minionych niesprawiedliwości. Dlatego Krajobraz wioskowy może mówić jednocześnie o bardzo różnych doświadczeniach, tak jakby dzieje uciśnionych same stanowiły już w nim wzajemnie splątane i trudne do rozdzielenia kłącze.

wkoło ciszą się łąki
dawnych pobojowisk

bug na brzegu układa
muszelki i kości

czasem rykoszet osy
z łopianów wystrzeli

tu kiedyś pochowano
jakichś albo nie tu

i nie ma dziury w niebie
jako i na ziemi.14
14. Jerzy Ficowski, Krajobraz wioskowy, w: tegoż, Wszystko to czego nie wiem, dz. cyt., s. 141.

Jest jeszcze Pieśń o drzewach, w której pamięć w odpowiedniej chwili potrafi wzmóc się niczym wiatr targający liście i porwać wraz z nimi utarte metafory tradycji poetyckiej, puste i niezbędne jak pozostawione nagle domowe sprzęty oplecione wraz z upływem czasu bujną roślinnością.

Trwa obrządek sakralny na porębie puszczy
w motylach lotnych zalotnych parzyście
w kamieniu cierpliwym
i w igliwiu mrówczym
w kręgu kultowym borowika śpi

Tu drzew już nie ma
i są jeszcze drzewa
leci z nich liście
będą póki my

umówione jawory
czarnoleskie lipy
rozdarte sosny
ciche grusze i
tych brzóz kilka

Zrywa się pamięć
szumi w nich i skrzypi

na tej porębie z nagrobkami pni
jest taka chwilka15
15. Jerzy Ficowski, Pieśń o drzewach, w: tegoż, Wszystko to czego nie wiem, dz. cyt., s. 99.

Ficowski patrzy na znajome krajobrazy jak na zwały gruzów, tym dziwniejsze, że wciąż bardzo żywotne, wciąż zdolne do odprawiania swych odwiecznych rytuałów. Nie chce on jednak głosić pochwały wiecznie odradzającej się natury, ale pokazać jej pracę tak, jakby była nieodłączna od zadanej mu, jako świadkowi, pracy „odczytania popiołów”. W jednym z jego najbardziej znanych wierszy ten czysto ludzki rytuał kończy się ponownym wyjściem na pustynię, gdzie członkowie okaleczonego narodu wybranego „będą pod sochaczewem swoje gwiazdy siać”16. 16. Jerzy Ficowski, Odczytanie popiołów, w: tegoż, Wszystko to czego nie wiem, dz. cyt., s. 77. Karolina Grzywnowicz w swoim projekcie wydaje się organizować podobny rytuał, którego stawką jest coś, co można by nazwać „odczytaniem chwastów”. Tak jak praca pamięci u Ficowskiego – oraz podobnie do odczytania marzeń sennych (Traumdeutung) Freuda – jej działalność skupiona jest na nawarstwieniach dziejów kultury i działań natury oraz przemieszczeniach pamięci wyrastającej z ich wzajemnych relacji.

Projekt ten może znaleźć także rozmówcę w innym poecie trudnej pamięci, która nie boi się wywracać do góry nogami warstw języka. To Paul Celan, który w swej młodości napisał nawet wiersz pod tytułem Aschenkraut, co można by przetłumaczyć jako Popielate ziele albo nawet Chwast z popiołu. W jednym ze swych ważniejszych utworów, poemacie zatytułowanym Ucieśnienie, przywołuje on pośmiertny krajobraz, który wypełnia „trawa rozproszona pisemnie”17.17. Paul Celan, Ucieśnienie, przeł. Witold Wirpsza, w: tegoż, Utwory wybrane, red. Ryszard Krynicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1998, s. 109. Pisanie o niej jest tu zarazem jej przeczesywaniem, rozchylaniem zarośli w poszukiwaniu ukrytych szczątków ofiar, jak i – być może – próbą przekopania języka w poszukiwaniu odpowiednich słów na nazwanie pustki pozostawionej przez tych, którzy odeszli. To nieokreślone miejsce archeologicznych poszukiwań nawiedzają więc ciągle słowa, niosąc w sobie swoją fatalną kondycję.

Szło, szło.
Przyszło słowo, szło,
szło skroś noc,
chciało świecić, chciało świecić.

Popiół.
Popiół, popiół18
18. Tamże, s. 111.

Chwastach Karoliny Grzywnowicz rośliny wciąż trzymają się przy życiu, nie ma mowy o ich spopieleniu. Im bardziej się jednak rozrastają, im bardziej dynamicznie opanowują pozostawioną im przestrzeń, tym silniej wskazują na kulturową katastrofę, jakiej są śladami. Są jak zasiane popioły, które, wbrew historii i wbrew naturze, wyrosły ponad ziemię. W Południku, swym poetyckim credo, mowie wygłoszonej z okazji otrzymania Nagrody Georga Büchnera, Paul Celan wspomina bohatera jednego z opowiadań patrona nagrody, który „czasem tylko odczuwał przykrość, ponieważ nie potrafił chodzić na głowie”. Opatruje te słowa dobitnym komentarzem: „Kto chodzi na głowie, moi Państwo – kto chodzi na głowie, ten ma pod sobą niebo jako otchłań”19.19. Paul Celan, Południk. Mowa z okazji otrzymania Nagrody Georga Buchnera, przeł. Andrzej Kopacki, „Literatura na Świecie”, nr 1-2/2010, s. 20. To prawda. Ale ten kto chodzi na głowie ma też przed oczami polne kwiaty niczym gwiazdy rozsiane na firmamencie. I te gwiazdy, jaśniejące niczym odczytany popiół, mogą jeszcze niekiedy oświecić teraźniejszość, a nawet – kto wie – wskazać drogę ku jakiejś nowej, choćby odrobinę lepszej, ziemi.